czwartek, 18 listopada 2010

Wybory samorządowe

Samorząd terytorialny to ciało, które samo się rządzi na danym terenie, oczywiście w ramach określonych konstytucją i przepisami prawa.
A więc tak: sami się rządzą i lokalnie. Tak powinno być, bo ludzie najlepiej wiedzą, co trzeba zrobić u siebie. Oni wiedzą najlepiej, które dziury w drogach należy najpilniej załatać, gdzie już nie da się łatać, a należy nawierzchnię całą wyremontować. To oni wiedzą najlepiej, które dzielnice miasta potrzebują kolejnego basenu czy choćby marketu. Nawet, jeżeli tych lokalnych samorządowców jest kilkudziesięciu i mają rozbieżne zdania co do tego, czy remontu w pierwszej kolejności wymaga nawierzchnia ulicy Szerokiej, czy też Wąskiej, to oni na miejscu, u siebie, powinni podjąć decyzję o stosownym wyborze. Ponieważ są u siebie. Takich samorządnych decyzji podejmują wiele w imieniu mieszkańców danego terenu, którzy ich wybrali. Nie sposób każdą decyzję dotyczącą miasta, gminy, powiatu czy województwa podejmować w drodze referendum - taka demokracja byłaby niezwykle kosztowna. Dlatego wybieramy ludzi, którzy podejmują szereg decyzji w naszym imieniu. My żyjemy sobie, pracujemy, z naszych podatków ta demokracja jest utrzymywana. Nie jest to zapewne najlepszy z ustrojów, ale taki jest i w tych warunkach musimy żyć.

W tym miejscu kończy się wykład, który ma na celu w skróconej formie przybliżyć dziecku z szkoły podstawowej na czym ten samorząd i wybory doń polegają. Ale z powyższym tłumaczeniem jest trochę, jak z opowiadaniem historii bociana przynoszącego dzieci. Ładnie to brzmi, ale prawda wygląda inaczej. Dziecku samorządowy bocian na razie wystarczy - niepożądaną ciążą to nie grozi. Jak jest rzeczywiście?

Zacznijmy może od tego, że w Nowym Jorku mieszka około 11 milionów ludzi. Miasto zajmuje w sumie powierzchnię około 1 200 km kwadratowych. Silnie zaludnione miasto, jak powiedziałby Kargul. Bardzo silnie. I takim rozległym, gęsto zaludnionym terenem zajmuje się rada miejska licząca 51 osób. Tak, dwie cyfry to nie błąd - dla pewności podam słownie: pięćdziesiąt jeden. I dają sobie radę. Jest też burmistrz (najbardziej chyba znanym był Rudolph Giuliani, który wsławił się skuteczną walką z przestępczością i opanował sytuację w mieście po ataku na WTC).

Dla porównania weźmy sobie polskie miasto, znaczące w skali naszego kraju i również nie będące stolicą państwa, Poznań. Mieszka tam pół miliona ludzi. To miasto wybiera 37 radnych. Dwadzieścia dwa razy mniej mieszkańców niż w Nowym Jorku i nieco ponad 72% liczby radnych. Dysproporcja oczywista, ale widocznie jesteśmy bogatszym narodem niż Amerykanie. Przynajmniej komuś może się tak wydawać. Grodzisk Wielkopolski liczy sobie niespełna 14 tysięcy mieszkańców, radnych ma 15. Razem te dwa miasta mają nadal 22 razy mniej mieszkańców, a radnych o jednego więcej. Ale nie o kosztach i polskich bezsensach ten wpis ma opowiadać. Przy okazji polecam Poznań i Grodzisk jako piękne i ciekawe miasta.

Dlaczego nasze ciała samorządowe są tak liczne? Zapewne ktoś odpowie, bo tak mówią przepisy. Nie wiem, tego nie sprawdziłem, ale na pewno tak jest. Dla kogo jest korzystna wybujała liczebność radnych w Polsce? Dla budżetów samorządowych nie. Dla mieszkańców również niekoniecznie - wiadomo przecież, że dwóch Polaków ma trzy odrębne zdania na ten sam temat, więc im nas więcej czymś się zajmuje, tym trudniej dojść do porozumienia.

Proponuję przyjrzeć się plakatom, ulotkom i innym materiałom wyborczym. Specjaliści od reklamy politycznej zadbali o to, byśmy w pierwszej kolejności zauważyli emblemat partii. Że postacie, twarze są największe na nich? Cóż z tego, skoro widzimy wąsy, kok, czuprynę bądź łysinę - najczęściej człowieka nie znamy. No, może na sto plakatów jedną twarz kojarzymy z konkretną postacią i jej ewentualnymi dokonaniami. Niekoniecznie dobrymi dla wsi, miasta, gminy czy powiatu. Ale i tak dowiemy się, że ta osoba najczęściej reprezentuje jakąś partię. No właśnie: PARTIĘ! A o czym dziecku na początku opowiadaliśmy? Że to samorząd, bo się sam rządzi. Oczywiście to tylko uproszczenie dla dziecka, ale czy nie tak powinien wyglądać samorząd? Wybrany przez ludzi i pracujący dla ludzi? A tymczasem pyszniąca się PO nabluzgała już na jednego z najbardziej znanych w kraju kandydatów na prezydenta miasta. Przeprosiła, ale bluzgi w pamięci niektórych utkwiły. PiS jak zwykle straszy, że dzięki jego ludziom w samorządach będzie lepiej. Nie wiem, czy im się uda, ale przynajmniej na szczeblu samorządu nie da się nikogo wsadzać pod byle zarzutem. PSL, jak przy okazji każdych wyborów, nagle wykazuje się wielkim zrozumieniem i współczuciem dla ludzi ze wsi. SLD, którego przywódca znany jest najbardziej z słodkiego uśmiechu, już kiedyś naobiecywało i jest teraz tam, gdzie jest. Ale nieważne sympatie i antypatie. Najważniejsze jest to, że większość dziewczyn i chłopców z plakatów będzie reprezentować PARTIE. Głoszą oczywiście, że to wszystko dla ludzi i z troski o nich. Jak politycy na szczeblu centralnym się o nas troszczą i co z tego wynika już wiemy. Na szczeblu samorządowym partyjniactwo kończy się tym, że przysłowiowe dziury w jezdniach nie są łatane, bo wnioskowało o to SLD, a przewagę ma PiS i/lub PO. Bo ci ludzie reprezentują swoje partie. Przede wszystkim. A to, że czasem uda się coś dla ludzi zrobić, to często efekt uboczny. Dzięki temu oglądamy otwieranie niedokończonych ulic lub szpitali, bo z czymś trzeba się pokazać przed kamerą. Przyjeżdża jakiś ważny polityk z Warszawki do wspólnych zdjęć, bo z nadania aparatu (fotograficznego) łatwiej o dobry wynik wyborczy. I tak to się wszystko kręci wokół polityki, zamiast wokół wsi, miasta, gminy, powiatu i ich mieszkańców.

Wielu ludzi pójdzie głosować 'bo to obywatelski obowiązek'. Jasne, obowiązek. Był taki w czasach przed 1989 rokiem. Teraz politycy robią ludziom wodę z mózgu przekonując, jaki to patriotyzm głosować. Ok, ale na kogo?! Naród głosował przeciwko PiS i ma PO obniżającą podatki poprzez ich podwyższanie. Naród głosował przeciwko Kaczyńskiemu i ma prezydenta, którego nie za bardzo chce. Nie chcieli Kaczyńskiego, mają niechcianego Komorowskiego. Tak zawsze kończy się głosowanie przeciwko komuś, zamiast logicznego głosowania na kogoś. No ale 'obowiązek'. Politycy przekonują o jego rzekomym istnieniu, bo chcą by na nich głosować. Im więcej ludzi głosuje, tym więcej może zagłosować z przypadku. I głosują na pana, który ładnie się uśmiechał albo jabłka rozdawał, na pana bluzgającego na złą narodową prawicę, bo tą zawsze można skojarzyć z faszystami (faszyści niemieccy byli narodowymi socjalistami). A jeszcze na panią, co miała ładny makijaż. Co bardziej świadomi zagłosują na człowieka reprezentującego ulubioną partię - ok, w tym jest jakaś logika. Jednak ja chcę samorządowca, w tym również prezydenta, burmistrza czy wójta, który oleje wizytę kacyka partyjnego, by pospieszyć na pomoc mieszkańcom. Który wspólnie z członkiem innej partii podwinie rękawy i wspólnie zrobią coś dla ludzi, a nie po myśli macierzystej partii. Nasi samorządowcy podwijają rękawy najczęściej by walczyć, czy nawet bić się, jak to miało nie tak dawno temu miejsce w Białogardzie czy w Piaskach.

Partie wysyłają ludzi do samorządu, by budować poparcie, a nie drogi. Partie wysyłają ludzi do samorządu, by odnosić z tego korzyści dla siebie, rzadziej dawać je mieszkańcom. Jeżeli nie ma na kogo głosować, lepiej nie głosować. Lepsza niższa frekwencja niż wybrańcy z przypadku. Powinniśmy głosować dla ludzi, którzy coś robią, a nie mówią o robieniu. W ten sposób mamy u władzy partię, której wydaje się, że ludzie ją popierają. A jest inaczej: ludzie popierają tę partię ze strachu przed inną. Wybór mniejszego zła to też zło. 'Nie' powinno oznaczać zawsze 'nie'. Ale takiej opcji na kartach do głosowania w Polsce próżno szukać...